piątek, 25 kwietnia 2014

Update - mały wypadek i historia

W gimnazjum trenowałam siatkówkę, co znacznie obciążało moje kolana. Miałam problem z lewą nogą, na linii kolano-kostka. Chodziło zdecydowanie o przetrenowanie. 4h wfu w tygodniu i zawsze byłam aktywna, zawsze ćwiczyłam. Było dobrze, bo zdarzało mi się chudnąć, bywałam na diecie...

Udało mi się zejść do 87kg. Potem wróciłam do starych nawyków żywieniowych, nie wierzyłam w efekt jojo. I bach. Myślę, że uderzyłam gdzieś w 110kg, ale powiem szczerze, że na 100% nie jestem pewna.


Gdzieś we wrześniu, w  nowej szkole szkolna pielęgniarka, brzydko mówiąc, pocisnęła mi. Mimo że ćwiczyłam, to i tak przytyłam, juz wtedy do 110 około. Obżerałam się tonami czekolady. 

Potem wróciłam do dobrze mi znanej diety Dukana. Znajdując swoje wymiary i wagę sprzed kilkunastu miesięcy widzę, że mimo że ważyłam mniej, to w obwodach miałam więcej. To zasługa mięśni, wiem.

Lubię mieć sztywno wytyczone zasady, ale też troszkę je naginam pod kątem tego, co lubię. Od marca wyrzuciłam z jadłospisu słodycze, cukier, smażone potrawy. Kiedyś do ćwiczeń czekałam 3h po posiłku, ponieważ był oblany tłuszczem. Teraz wystarczy mi godzinka po lekkim posiłku przedtreningowym, dobrze mi z tym. 

Na początku zaczęłam obsesyjnie liczyć kalorie, gdzie z pomocą przyszła mi aplikacja w telefonie. 
Dodawałam posiłki, liczyło mi dzienne kalorie. 
Dodawałam też uprawiane sporty, również liczyło mi kalorie - tym razem te spalone...

Obliczałam także swoje spalanie przy aktywnym trybie życia - ponieważ dużo ćwiczę. Wyszło to grubo ponad 2000 kcal, a ja jedząc staram się nie przekraczać tego progu. 
Więc spalam więcej niż jem, a taka jest zasada. 

Aktualnie od miesiąca po namowach trenera szkolnego zaczęłam pchać kulą. Dobrze mi idzie. Od pułapu około 6m, udaje mi się pchać powyżej 8m, a wczoraj uzyskałam 9m! 
Zawody w środę, trzymam kciuki sama za siebie! <3 

Wczoraj za to źle stanęłam, więc wypoczywałam cały dzień po treningu.

 

niedziela, 20 kwietnia 2014

after thinking about life and..

... Właśnie. 
Jakiś czas temu przeżyłam apogeum swojego istnienia. 
Czemu?

Zapuściłam się, przytyłam mnóstwo zbędnych kilogramów... Przeraziłam się, ponieważ uzależniłam się od czekolady. 
Od września 2013 zaczęłam regularnie ćwiczyć w warunkach domowych. Niestety, mój apetyt gdzieś w okolicach grudnia wziął instynkt i oczekiwałam mnóstwo czekolady. Jadłam, jadłam. Potrafiłam zjeść nawet 3! czekolady jednego dnia, a i tak było mi mało.
Wtedy, kiedy już byłam świadoma swojej wagi (czyli, przekroczyłam 100kg), postanowiłam coś ze sobą zrobić. 


1 marca 2014r. Tego dnia podjęłam się wyzwania zmiany swojego JA Zewnętrznego i JA Wewnętrznego. 

Rozpoczęłam dietę Dukana. Ogranicza ona jedzenie niektórych produktów, w większości białkowe, bo jak sama nazwa mówi, jest to dieta "proteinowa". Zdarza mi się unikać tamtejszych zakazów (jem marchewkę i groszek, o zgrozo!), ale nie jem słodyczy. Po prostu raz, a gwałtownie wywaliłam je ze swojego życia. 
Czasem mam ochotę wziąć w rękę całą czekoladę (jedna z nich leży w szufladzie i czasem kusi), ale mówię sobie: NIE!Po fazie uderzeniowej (gdzie możliwe jest schudnięcie nawet 5kg), zobaczyłam na wadze 104,5kg. To przeraziło mnie. Jak bardzo się zapuściłam, skoro po fazie uderzeniowej trzymam taką wagę?
Oczywiście po ubraniach widziałam zmiany, ale cóż poradzę? Musiałam, jak widać.
Podjęłam wyzwanie i tego nie odpuszczę. 
Mam już progress. Do dzieła! Opiszę to w następnym poście.
Aktualnie, dziś, w czasie świąt mam oddech od treningów. Ale już jutro! :)